Droga do sukcesu

Wreszcie osiągnęliśmy to! Ocena doskonała w zerówkach, czyli nasz zeszłoroczny cel i te piękne 92,5/100 punktów. Nie żałuję niczego, a gdybym miała zacząć naszą obi-podróż od początku, to zrobiłabym dokładnie tak samo. Jedno jest pewne, droga do celu jest zarąbiście zawiłłłła.

We wrześniu 2016 zaliczyliśmy nasze pierwsze zawody. Zdobyliśmy ocenę dobrą i byłam przeszczęśliwa, przetestowałam siebie i psa i wiedziałam dokładnie dokąd zmierzam – czyli na następne zawody miesiąc później we Wrocławiu. Chwila przed zawodami Erni zaczął podejmować własne decyzje życiowo-ćwiczeniowe. Nasza synchronizacja rozpadła się. Podczas startu nie wiedziałam jak zapanować nad swoimi emocjami, a co dopiero sensownie rozmawiać z psem. Przecież na treningach tak dobrze się bawimy, Erni wpatrzony we mnie jak w obrazek, a tu nagle w tak kluczowym momencie oboje doznajemy black-outu.

Jak wrócić na slak?

Pierwsze momenty zderzenia z rzeczywistością były dość bolesne. Znajomi mówili, że to nie koniec świata, że i tak poszliśmy ładnie. Inni radzili, żebym zrobiła psu przerwę – pewnie za dużo ćwiczymy. Sama myślałam, że ćwiczymy za mało. Końcówka roku była ogólnie życiowo trudna, a ja tak bardzo potrzebowałam jakiegoś pocieszenia. Odezwało się parę osób i opowiadali, że sami też mieli skomplikowane początki, a teraz jest pięknie.

Następne podejście miało miejsce 5 miesięcy później, czyli wczoraj. Tak naprawdę przez pierwsze 3 miesiące nie robiliśmy jakoś strasznie dużo… Zdobywaliśmy CeWuCe na wystawach, a potem leżeliśmy w łóżku i oglądaliśmy House of Cards… Ernest obżerał się płucami wołowymi… pomieszkiwał u nas także drugi psiut, z którym ćwiczyliśmy.. no i tak 2 miesiące przed zawodami wzięliśmy się w garść. A raczej Kamila wzięła nas w obroty. Regularne treningi, przejścia, przebiegi i wiedziałam, że jesteśmy już gotowi. Albo inaczej: wiedziałam, że Erni jest gotowy. Ja to jestem ciężkim przypadkiem. Stwierdziła to nawet sama Asia Hewelt (mam nagranie)!

No, ale czemu w momencie kiedy wreszcie nam się udało marudzę o tym jak było trudno?

  1. Rozczarowania są normalne i można je czuć, można o nich mówić.
  2. Oprócz słabych startów na zawodach, praca z psem jest sama w sobie najlepszą zabawą. Postępy widać na treningach, robiąc nowe rzeczy, ćwiczenia, sztuczki, cokolwiek. Każda wypracowana rzecz daje satysfakcje i to jest warte dużo więcej niż jednorazowy start.
  3. Nie zmienia to faktu, że dobry start daje możliwość pójścia dalej i wyznacza jakiś cel do którego dążymy, nowe ćwiczenia i perspektywy.
  4. Gdyby wszystko było łatwo to niczego bym się nie nauczyła. A jednak teraz wiem to czego nie wiedziałam 5 miesięcy temu.

Wiem co mam zrobić, żeby pies skupił się w 99% na mnie, wszedł na całkiem nowy teren i przez 8 minut bez parówy, ani piłeczki wtapiał we mnie gały i wyczekiwał komendy. I to jest największy na świecie sukces. Jestem normalnie zarąbista i mam zarąbisztego pieseła – kto powie, że Lagotto nie potrafi!?

Jak nie wierzycie to sami zobaczcie:

Reklamy

Psia apteczka

Kiedyś Erni zachowywał się bardzo niepokojąco. Jakoś tak nieregularnie oddychał, trochę się trząsł. Nagrałam to więc na telefonie i pokazałam weterynarzowi, która stwierdziła, że mój kochany miś miał… czkawkę.

Oczywiście to tylko śmieszna historyjka, były też takie niezbyt miłe jak śmierdząca przekąska z ziemi, która skończyła się zatruciem i wizytą na ostrym dyżurze. Były też i skaleczenia. Przygody mieli także moi znajomi, a dobre rady lepiej mieć w zanadrzu więc podzielę się listą moich sprawdzonych produktów leczniczo-pielęgnacyjnych.

Co mam w domowej psiej apteczce?

NO-SPA: na bóle i skurcze brzucha. Można podawać psu.

Nifuroksazyd: lek w tabletkach bez recepty. Przy zatruciach można podawać 2x dziennie po jednej tabletce (na lagotka) przez minimum 3 dni.

Pectovit: hamuje i zagęszcza biegunki. Bardzo ładnie pachnie ❤

Woda utleniona: do odkażenia rany i na wywołanie wymiotów jeśli pies coś połknie podejrzanego na spacerze.

Dermatol: puder leczniczy do posypywania na rany.

ALU SPRAY – aluminium w aerozolu, zabezpiecza skórę i wspomaga proces gojenia ran.

BioProtect – probiotyk do stosowania po odrobaczeniu, antybiotykoterapii, biegunkach i zaparciach.

Adaptil (w sprayu) – hormony uspokajające w razie stresujących sytuacji.

Wazelina biała – ochrona opuszek.

Trixie Spray do pielęgnacji łap – ochrona opuszek.

Niektóre z tych produktów używam często (jak spray Trixie czy Dermatol). Nifuroksazyd czy No-Spe można kupić kiedykolwiek w aptece, ale takie rzeczy jak Pectovit czy BioProtect* warto zamówić online, gdzie cena jest 50% tańsza niż u weterynarza. Alu Spray czy Adaptil to są moje wymyślunki pod tytułem bo chcę 🙂 

*BioProtect jest drogi, ale w opakowaniu jest 60 kapsułek co spokojnie wystarczy na wielorazową ochronę po odrobaczaniu czy wspomaganie ewentualnego leczenia.

Dajcie znać co wy macie w swoich apeczkach – czego ja nie mam, a co powinnam jeszcze mieć! Życzę zdrówka i idę myć Erniemu zęby…

Weekend spędziliśmy w szkolnej piwnicy

W sobotę zaczęliśmy nowy sport – Nosework (praca nosem). Obiecałam Ernestowi kiedy był szczeniaczkiem, że nie będę typem rodzica, który przeprowadza się do nowego kraju i nigdy nie uczy psiaka-dzieciaka ojczystego języka*. Co prawda Ernestowy nos jest już uaktywniony przez liczne zabawy w szukanie zabawek i smakołyków, ale to przecież nie to samo co olejek cynamonowy, helloł!

img_5502-2

 

Nosework, a Obi

Największą różnicą między obedience, a nosework jest to, że w obi pies jest skierowany na przewodnika, a w NW pies pracuje samodzielnie. Dla obipsa początkowo trudno oderwać wzrok od właściciela (choć już pod koniec pierwszego dnia Ernest pracował sam). Obi-właścicielom z kolei ciężko zastygnąć w bezruchu. Czasem okazuje się, że pies zamiast niuchać pudła, dostawia się do nogi bo pańcia właśnie mrugnęła.

Obi natomiast nie jest utrudnieniem przy zaczynaniu nowego sportu. Myślę, że to właśnie dzięki obi-pracy, Erni szybko poukładał sobie w głowie co jest grane i zrozumiał, że nowa praca też popłaca.

Co i jak?

W pierwszej kolejności psiaki uczyły się reagować na pudełko ze specjalnie przygotowaną próbką zapachową. Za każde podejścio/niuchnięcie otrzymywały stosowną nagrodę. Następnie wprowadzaliśmy dodatkowe puste pudełka. Wtedy pies był nagradzany za zbliżenie się do tego jedynego. Próbki zapachowe umiejscawialiśmy w różnych przedmiotach, ale prawdziwa zabawa zaczęła się, kiedy pudełka zostały rozłożone w piwnicznym pomieszczeniu i Erni nagle sam z siebie zaczął przeszukiwać wszystkie szafki i zakamarki. Magia.

Następnego dnia poszerzyliśmy obszar poszukiwań. Próbka z zapachem była chowana np. na wysokościach. Cynamonu szukaliśmy także w szkolnej łazience.

Wyzwania NW

Na chwilę obecną bardzo cieszy mnie nastawienie Ernesta, jego ogromna motywacja do pracy i to, że się nie poddaje. W nosework najbardziej podoba mi się to, że sama nie muszę pracować tak ciężko jak w obi (opanowując wszystkie komendy, ucząc się co, kiedy i jak). Oddaję psu pałeczkę i podziwiam jego pracę nie wysilając się przy tym zbytnio.

Oczywiście teraz najważniejsze musimy nauczyć się oznaczać próbkę zapachową. Challenge accepted!

Nasz drugi sport – znaleziony!

Moje pierwsze doświadczenie z nosework pokazało nieco inne oblicze Ernesta. Mimo, że jest obipsem i w posłuszeństwie ma być nastawiony tylko na mnie, to w praktyce NW zobaczyłam jak niesamowicie samodzielny potrafi być Erni. Podejmuje dobre decyzje i nawet na mnie nie zerka po pomoc. Obi i NW świetnie się komponują jeśli chodzi o budowanie zaufania. W obi to ja podejmuje decyzje, a Erni musi mi ufać. W NW jest na odwrót i ten balans jest piękny. Tym samym ogłaszam, że naszym drugim sportem oficjalnie zostaje nosework!

Podziękowania

W pierwszej kolejności dziękuję Orsonowej Oli za namówienie nas na warsztaty! Największe podziękowania należą się prowadzącej Magdalenie Szewczyk Dzido. Magda jest przewodnikiem psów ratowniczych, zajmuje się też ratownictwem wodnym i dogoterapią. Jej wieloletnie doświadczenie w szkoleniu psów sprawia, że jest świetnym szkoleniowcem. Obserwowałam całe warsztaty. Każdy pies jest inny, inaczej pracuje, ma inne motywacje, a Magda potrafi znaleźć indywidualne rozwiązanie dla wszystkich. Dlatego należy jej się cześć i chwała!

Dziękuję też wszystkim uczestnikom za przemiłe towarzystwo – było bardzo fajnie, do miłego zobaczenia! I firmie Josera za pudełeczka z karmą.

* Lagotto romagnolo nie bez powodu nazywa się potocznie psem na trufle. We Włoszech, skąd pochodzą, wykorzystuje się je do odnajdywania trufli w lesie. Wielu hodowców łączy tylko najlepsze psy pracujące dzięki czemu ciągle doskonalą lagotkowe nosy. Ernest wywodzi się z linii pracujących, jego obaj pradziadkowie byli championami pracy!

Recenzja Aqua Violet by Warsaw Dog ♡+♡=❤²

Od miesięcy przymierzałam się do kupna spójnego kolorystycznie zestawu obroża + smycz. Stwierdziłam nawet, że cena nie gra roli*. Chcę mieć coś ślicznego, żebym ładnie prezentowała się z piesełem na Wrocławskim rynku… bo wszyscy wiemy, że masywna Flexi nie jest w miejskiej sytuacji ani praktyczna, ani specjalnie urocza.

(✿´‿`)   Gdyby tylko firma nazywała się Wrocław Dog… szczyt marzeń.

Żeby zdecydować się na Warsaw Doga musiałam najpierw zobaczyć te kolory na żywo. Z miejsca zakochałam się w Aqua Violet i stwierdziłam, że musi być mą! Po miesiącu użytkowania mogę z czystym sumieniem opisać jak żyje się nam z nie-Wrocławskim, a Warszawskim dogiem (Ernest też jest Warszawiakiem z pochodzenia).

img_4730

Cena i specyfikacja

Produkt Ilość Cena
Smycz miejska | Aqua Violet
Szerokość taśmy: 2 cm
Długość smyczy: 180 cm
Kolor karabińczyka: Czarny
1 44.90zł
Z klamrą DURAFLEX ®| Aqua Violet
Rozmiar: M (34 – 40 cm)
Szerokość taśmy: 2,5 cm
Grawerowanie adresatki: NIE
1 39.90zł

Czy drogo to już indywidualna sprawa. Jak dla mnie było warto. Szkoda tylko, że grawer adresatki za 15zł to niezbyt atrakcyjna oferta.

Wygląd

Kocham, uwielbiam te kolory. Nieustannie się nimi zachwycam. Idealnie pasują do Erniego – zwłaszcza Aqua. Obroża też jest cudna. Nawet zawieszka, która zrobiła na mnie małe wrażenie w internetach, na żywo zyskała moje lajki.

Wygoda

Warsaw Dog jest moim spacerowym number one  ✌♫♪˙❤‿❤˙♫♪✌img_5164Poprzedni hit czyli neonowa Flexi dla psów do 50 kg poszła w odstawkę. Długość 180 cm jest idealna (w domu mamy też Rogz 120cm, która służy Erniemu głównie do przeciągania mnie w miejsca, w których nie chcę być).

W połowie smyczy znajduje się jakaś taka dziwna pętla. Nie do końca wiem o co chodzi, ale jest to-coś bardzo funkcjonalne, kiedy trzeba złapać za nie czy skrócić smycz np. przechodząć przez pasy.

Na początku taśma Warsaw Dog, choć lekka, jest bardzo twarda i niewygodna w ręce. Z czasem przestało mi to przeszkadzać.

Ogromnym plusem jest osobna zawieszka na adresatkę – lub na światełko. Po niemal roku użytkowania nadal w stanie idealnym:

Warsaw Dog Lagotto Ernest
Obroża po niemal roku użytkowania – zawieszka na adresatkę jest w stanie idealnym, taśma w świetnym stanie

Jakość

Taśma wygląda na bardzo trwałą, ale zdecydowanie nie jest brudoodporna i wodoodporna (choć schnie dość szybko). Po miesiącu intensywnego użytkowania przydałoby się ją wyprać… Ale boję się, że te piękne kolory zbledną. Co by tu zrobić? Dylemat. (Aktualizacja: Taśma jak najbardziej nadaje się do prania! nic się z kolorami nie dzieje, a brud bez problemu się zmywa)

Warsaw Dog recenzja lagotto ernest
Taśma po roku użytkowania, mocny, ładny kolor po wypraniu; taśma w świetnym stanie; okucia odrapane

Czarny kolor okucia obroży zszedł już w miejscu, gdzie styka się z karabińczykiem smyczy. Jest to niewidoczne, ale prawdziwe ☉_☉ (Aktualizacja: niestety, największym minusem Warsaw Doga, jest nietrwałość koloru na częściach metalowych. Tak wyglądają po niemal roku użytkowania:

Warsaw Dog lagotto ernest
Nieładne odrapania części metalowych Warsaw Dog

Kontakt z firmą

Świetny. Naprawdę.

Myśli końcowe

Pisząc o mojej ulubionej taśmie spacerowej stwierdzam, że jestem okropnie zadowolona z zakupu (stąd recenzja). Chciałam mieć coś ładnego na suche-miejskie wypady, ale Aqua Violet tak bardzo przypadła mi do gustu, że wybieram ją nawet na błotne parkowe spacery. Po roku użytkowania nadal jestem bardzo zadowolona, Warsaw Dog nadal jest moim ulubionym zestawem i jedyne co mi się nie podoba to odrapania na częściach metalowych.

Teraz jeszcze muszę kupić lekką smycz na zawody. Szukam cieniutkiej 120 cm nie ważącej nic – jeśli słyszeliście o takiej to podzielcie się ze mną.

*Oczywiście, że cena grała rolę. Pierwszy zestaw, który naprawdę mi się spodobał kosztował 300 zł.

Gdyby Lagotto Ernest był Ernestem Lagotowskim.

Cały czas odkrywam nowe tajemnice charakteru mojego psiaka i zaczęłam rozmyślać nad tym jakim byłby człowiekiem. A więc…

Ernest Lagotowski urodził się w ‘stolycy’, jednak stereotypowym Warszawiakiem nigdy nie był. Ani razu nie odwiedził Placu Zbawiciela, nie jeździł metrem, a nos najczęściej trzyma skierowany ku ziemi. Co wcale nie znaczy, że jest nieśmiały. Ależ skąd. Ernest doskonale wie, że gdzie tylko nie pójdzie dziewczyny będą piszczeć na jego widok. To pewnie za sprawą jego bujnej czupryny i spoglądających spod niej nieziemskich oczu. No i to uzębienie. Na każdym przeglądzie dentysta zwraca uwagę na jego idealny zgryz.

Gdy wychodzi z domu, Ernest zawsze serdecznie wita się ze swoimi adoratorkami. Nawet mężczyźni lubią przybić mu piątkę. Jednak zawsze wraca myślami do pełnej wdzięku blondyneczki, Camili. Razem z Camilą, którą pieszczotliwie nazywa Camelką mają wspólne pasje. Uwielbiają długie, popołudniowe spacery i wspólne pływanie. Ona zamacza tylko stópki i patrzy jak on wypływa na środek jeziora, żeby się popisać. No i kochają dobre jedzenie – kulinaria to ich pasja. Często chodzą do restauracji lub gdzieś wspólnie wyjeżdżają. Kiedy są razem nie liczy się sen, mogą tańczyć do białego rana.

Ernest ma też dobrego kumpla i sąsiada. Na co dzień trenują z Gizmińskim zapasy. Są bardzo zawzięci w tym sporcie, zaczęli na nich zwracać uwagę nawet obserwatorzy.

Ernest ma bardzo odpowiedzialną pracę. Wykonywanie poleceń przełożonych wymaga wiele samodzielnego myślenia. Czasami miesiącami pracuje nad niektórymi z elementów, przykładając ogromną wagę do szczegółów. Momentami jest bardzo ciężko, ale czuje się doceniany. Szefowa często go chwali – czasem nawet przy innych. No i dostaje duże premie – bony do restauracji, karnety na aktywności. Ma auto służbowe z prywatnym kierowcom.

Nie wszystko jest jednak takie różowe. Szefowa wymaga od niego schludności. Ernest najchętniej sprawiłby sobie dready, ale specyfikacja pracy tego zabrania. To ciągłe czesanie i podcinanie włosów, czyszczenie butów z błota, pielęgnacja paznokci – masakra. Ernest znosi to bo, wie, że w życiu nigdy nie jest idealnie, ale nie czerpie z tego przyjemności. Po godzinach może robić co chce i chętnie z tej wolności korzysta. Starożytni Grecy wierzyli, że kąpiele błotne mają magiczne właściwości. Ernest nie ma co do tego żadnych wątpliwości…

Continue reading „Gdyby Lagotto Ernest był Ernestem Lagotowskim.”

III Zlot Lagotto Romagnolo

Relacja z III Zlotu Lagotto Romagnolo

To był dla nas weekend pełen emocji i wrażeń. Pokonaliśmy ponad 200 km z Wrocławia do Wawrzkowizny. Na zlot przyjechali ludzie z różnych części Polski i my jako jedyni nie staliśmy po drodze w żadnym korku. Byliśmy w domku z agilitowym Flaviem oraz specjalistką od lagotkowego włosa Joanną Mikułą i należy stwierdzić, że byli to zacni współlokatorzy. Ja wszystko gubiłam i panikowałam, a oni ciągle mnie uspokajali. Doceniam i dziękuję za wyrozumiałość.

Pierwszego wieczoru jeszcze trochę nieśmiale zapoznawaliśmy się z lagotkowym towarzystwem, czochraliśmy psy i byliśmy na wspólnym spacerze w lesie. Ja piłam radlery, za które gorąco dziękuję Dorocie z Ustrońskiego Zakątka i obiecuję, że niebawem się jakoś zrewanżuję. Dorocie zawdzięczam też superanckie gadżety w postaci lagotkowego kalendarza i obrandowanej Ustrońskim Zakątkiem piłki antystresowej, którą będę celowała w głowę Ernesta w ramach treningu obedience (piłka jest z pianki).

Wystawa

Kiedy, żetakpowiem, nastał drugi dzień ruszyliśmy wszyscy na wystawę, gdzie serdecznie przywitał nas Wojciech Burski i życzył nam udanej zabawy. Było mi osobiście miło, że zostaliśmy wywołani w ten sposób jako lagotkowe towarzystwo, ale słowa wystawa i zabawa jakoś mi osobiście razem nie pasują (choć nadal naprawdę miło wspominam wystawę u sędziny Małgorzaty Wieremiejczyk-Wierzchowskiej).

Tym razem sędziował nas sędzia Tomasz Mroczek i osądzając sędziowanie sędziego, sądzę, że był mocno skupiony ale opis był trochę krótki. Na przykład nie dowiedziałam się nic o ruchu psa, a jak widać ze zdjęć biegaliśmy dużo. Ale ogólnie z opinii wielu osądzających wynika także, że sędzia Mroczek jest delikatny i szanuje psy, co też nie jest bez znaczenia. Zajęliśmy II lokatę z oceną doskonałą w klasie otwartej, a ja zgubiłam medal. Wiedząc, że babcia będzie zawiedziona, że nie przywiozę jej nic pięknego, przeszukałam wszystko wiele, wiele razy i nie odnalazłam go. Nie-ogarem życiowym być.

Ku pomocy przyszła mi organizatorka zlotu Anita, która przyjacielsko oddała mi (uhm… mojej babci) swój złoty medal. <przytul> i <dziękuję> i <mamy złoto normalnie>

Warsztaty z zabawy i Obedience

Po południu zorganizowałyśmy z Pauliną od agilitowego Flaviuszka warsztaty z zabawy i obedience. Lagotki bawiły się sławnym już teraz mopo-szarpakiem, robiły kółeczka na podstawce czy omijały tyczki. Wszystkim uczestnikom dziękuję za śmiałość. Wszystkie psiaki, a zwłaszcza szczeniaczki spisały się na medal. Moim ukochanym szczeniaczkiem jest jednak Sorka, ponieważ jest nowym psiakiem hodowców Ernesta – Ani i Kuby Harasymowicz. Zakochałam się w Sorce od pierwszego wejrzenia, jest cudowna, puchata i bardzo szybko myśli. Przyznam od razu, że Ernest nie zapałał do niej żadnym przyjacielskim uczuciem, a wręcz drętwiał z przerażenia kiedy na chwilę kazałam mu siedzieć ze mną i z Sorą w kojcu. No cuż, jak wielu teraźniejszych młodych mężczyzn, Ernest przeraźliwie boi się dzieci.

Wieczorem grillowaliśmy, ja dalej piłam radlery, a Ernest odpoczywał w klateczce. I zaczęło padać…

Zawody psioludzkie

W niedzielę mieliśmy grać w siatkę, ale było zimno i wietrznie, więc musieliśmy zmienić plany. Zaproponowałam więc, natchniona przez moją obi-inspirację Joannę Hewelt, że zrobimy sobie psie zawody! Szczeniaczki miały konkurencje: zrobić siad i leż z naprowadzaniem na smakołyka (ile razy w ciągu 30 sek), podążać za właścicielem i zainteresować psiaka zabawką. Udział wzięły Alfina i Sora i obie wszystko genialnie zaliczyły. Konkurencje dla dorosłych psiaków były trochę trudniejsze. Liczyliśmy ile sztuczek potrafi każdy psiak, musiały na czas jak najwięcej razy podać łapkę i aportować. Pierwszą lokatę zajęła Dafne z 50 pt i aż 21 RÓŻNYCH sztuczkek. II miejsce to Flavio a III to Bella. Spisały się także Gaja, Bełtek, Camelka, Brutus, Lilou, Hobbit, Risata i Regina.

Zawody Obedience

Potem odbyły się zawody Obedience w których brał udział Ernest. Nasze pierwsze prawdziwe zawody… 2 metry koło wody. Ernest był bardzo dzielny, dostał ocenę dobrą (65/100pt) i zajęliśmy miejsce 7/7.

dsc_0910

Jestem bardzo zadowolona i dumna z niego. Jest to duży sukces biorąc pod uwagę, że:

  • Ernest IDEALNIE wykonał CAŁY aport. Jestem w szoku. Dostaliśmy za to ćwiczenie 10 pt. Zrobił to pięknie i nie liczy się nic innego… żartuję oczywiście, ale pękam z dumy.
  • Ernest nie zwiał z ringu i nie poleciał do wody.
  • Myślę, że zrobiłam prawie wszystko, żeby Ernest dobrze się bawił i jak to mówi Asia ‘zakochał w zawodach’.
  • Ernest dość szybko się opanował biorąc pod uwagę to, że tuż przed wejściem na ring był strasznie nakręcony. Ogromnie dziękuję Małgosi Pantow za pomoc w uspokojeniu nas (głównie mnie).

Dlaczego zawaliłam?

  • Ernest dopiero w trakcie 4 ćwiczenia włączył się w tryb pracy. Kolejność ćwiczeń była dla nas bardzo problematyczna. Pierwsze było zostawanie, potem przywołanie.
  • Przez zawodami za bardzo się denerwowałam i denerwowałam psa (ale w trakcie już nie).
  • Nie posłuchałam Asi Hewelt kiedy doradzała, żeby często ćwiczyć chodzenie na smyczy (Ajm sorry).

Ogólnie ogrom niekończonej się pracy przed nami, ale to doświadczenie było mi bardzo potrzebne. Po ostatnim spadku motywacji, czuję się znów nakręcona na pracę i jestem wdzięczna, że mam w życiu kombinację Ernest – Obedience. ❤

No i ogromnie dziękuję wszystkim kochanym cudownym lagottomaniakom ze zlotu (i ich psiakom), którzy przyszli nam kibicować. Chyba nigdy nie będę miała już takich kibiców, w takiej ilości. To było niesamowite.

Pulpety

A z takich smaczków, spotkaliśmy na zawodach m.in. Gambita z Pies do Kwadratu i dowiedzieliśmy się, że kojarzą nas z internetów i nawet mają Ernesta w swoim feedzie. Czujemy się mocno zaszczyceni! 🙂

W drodze z zawodów, pewna dostojna pani popatrzyła na Ernesta i powiedziała ‘ładny ma ruch’. Powiem, że chyba jestem zbyt łasa na komplementy bo mimo, że wiem, że jest bjutiful, to znowu jakoś tak mi się miło zrobiło.

Podpatrzyliśmy też u koleżanki z Lucky & Muza fajne zestawy z Warsaw Dog. Chyba się bardzo skusimy.

W drodze powrotnej do Wrocławia padał deszcz i muszę to napisać… muszę zhejtować kierowców, którzy nie wiedzą, że lewy pas służy tylko do wyprzedzania. Hejt on you!

Jeśli doczytaliście do końca, przyznajcie się – zostawcie komentarz i lajk na fejsie!

Zdjęcia dzięki uprzejmości Kuby Harasymowicz, hodowla Animus Amicitiae.

Work hard, play hard

Dlaczego kocham OBI? / Why do I love obedience? [English below]

Ernest the Lagotto Romagnolo at obedience training camp with Joanna Hewelt.

 
Moment kiedy coś wychodzi daje mi masę satysfakcji. Wzruszam się nawet kiedy obserwuję pracę innych psów i im też coś się udaje. Obóz z Asią to dla nas postępy, postępy i jeszcze raz postępy. Rozpływam się ze szczęścia, a co najlepsze uczę się jak przekazać Erniemu swoje zadowolenie z niego. Klaszczę, krzyczę: wohoo, robię z siebie głupka – a przy tym dobrze się bawię.
 
Obedience to nie tylko wykon – smaczek, wykon – smaczek. To przepływ emocji tam i z powrotem, to wzajemne zrozumienie.
 
Praca z psem jest ogromnym szczęściem. To w połączeniu z pysznym jedzonkiem na Farmie Talentów jest dla mnie chyba kwintesencją szczęścia. Erniś i obi to najlepsze co mnie spotkało…
 
 
The very moment when something clicks in the dog makes me so happy. I am moved even when I see other dogs succeed in tough tasks. Being at the obedience camp with Joanna Hewelt is just constant progress for us. I am so satisfied and I am now able to show Ernest what a great job he does. I am clapping my hands, I am screaming ‚YAY’, I am making a fool out of myself – and I am having fun.
 
Obedience training is much more than only do well – get food. It is all the emotions that flow between the dog and me, and mutual understanding.
 
Working with my dog is pure happiness. Ernest and obedience are the best things that happened to me…

 

morze collage2