Recenzja zabawki Qwizl (made in USA)

Jesteśmy zaszczyceni, że we współpracy z Canifel mogliśmy testować nową zabawkę Qwizl. Zaufali nam muahaha (evil) 😈  Canifel the brave! Jak wypadły więc testy?

Na początek parę ciekawostek odnośnie samej zabawki i jej producenta:

20 lat temu w USA Założyciel West Paw oznajmia znajomym, że zacznie produkować zabawki dla psów na co oni stwierdzają, że to mega słodziakowate 🍬. Nie ma to jak wsparcie przyjaciół. Jako podlotek, ów pan dorastał na farmie wśród krów, owieczek i psiaków. O produkcji zabawek nie wiedział nic (a także o zarządzaniu zespołem) ale jako, że to Ameryka 🇺🇸, gdzie dreamsy się spełniają – kolo szybko wszystko pochytał 💪Dla West Paw ważna była produkcja na miejscu (a nie ściąganie podejrzanych części z中国). Dzięki pasji pracowników do dziś produkty West Paw są w 100% Made in USA (w tym nasz nowy Qwizl)!

Qwizl jest zrobiony z Zogoflexu®, a na stronie producenta przeczytamy, że jest recyclable, latex-free, BPA-and-phthalate-free, FDA compliant (spokojnie można z niego jeść).

Wiemy już co to jest… jak się to wymawia?

Na Qwizlu można sobie język połamać. Kwizl, Kuwizl, kjuwizel? Dlaczego? ;’( Why you do this to meeeaaa? Proste, wpadające w ucho nazwy innych zabawek West Paw to: Bumi, Tux, Jive czy Air. Ta musiała być inna. Nie wiem czy był to piątek wieczór kiedy wymyślali nazwę dla Kwizełka. Może do firmy przyszła młoda, długowłosa niunia po marketingu, mrugnęła to prezesa i szepnęła: szefuniu, może nazwijmy go Qwizl? Hihihi ❤ ❤ on przypomina mi takiego Qwizla… hihihi. Oh masz rację, Jennifer, to piękna nazwa hihihi ❤ love love. Potem musieli już żyć z takim wyborem…

Poprawna wymowa Qwizla to uwaga, uwaga – KŁYZYL. Ernest i tak tego nie wymówi, ja chyba zostanę przy Kwizeł. Jak piezeł ♥

Intryga 10/10

Jak na razie jestem pozytywnie zaskoczona Kwizełkiem, a Erni ze sporym zainteresowaniem podskakuje i podąża za zabawką. Pierwsze wrażenie klasa!

Zobacz i zalajkuj nasz filmik z UNBOXINGU

Wyzwanie dla żarłoka 9/10

Jedną z najważniejszych funkcji Kwizeła, jest możliwość napakowania go mokrą karmą do wylizywania (lub smakołykami). Jagnięcinkę z puszki pakuję do zabawki przez boczne dziurki i zamrażam. Mieści się z nim więcej niż w naszym Kongu M-ce, a cztery otwory umożliwiają rozwijanie umiejętności strategicznych u psa. Erni już znalazł sposób – czekając aż odmrozi się jedna strona, dobiera się do drugiej i tak na zmianę. Zabawka edukacyjna?

Zobacz tutaj jak Erni wziął na sposób nowego Kwiełka i kultowego Konga

Wyzwaniem są smakołyki. Próbowałam Erniemu zaserwować obiadek w Kwizełku, ale wydobycie karmy było nie lada wyczynem. Erni popiskując lizał zabawkę błagając ją o uwolnienie żarełka. Musiałam go w końcu nakarmić bo dla głodnego psa Kwizeł może być trochę takim narzędziem tortur… Dopiero po nakarmieniu zaczęła się przednia zabawa. Dziury po bokach doskonale nadają się do ukrycia mniejszych smaczków, natomiast boczne wypustki są lepsze dla większych kąsków.

Kwizeł to wymagająca zabawka dla psów zawziętych i gotowych na ciężką pracę. Leniuchy mogą szybko się poddać bo wydobycie dobrze umiejscowionej przynęty to level hard. Very hard.

Zmieniając rozmiar smaka możemy natomiast dostosować poziom trudności do psa – tak żeby dobrocie wypadały przy podrzucaniu lub turlaniu (easy) lub żeby musiał zostać wymemłanym (hard). Kwizeła można też wypełnić różnymi rzeczami od psich pasztetów, przez warzywka, owoce, smaczki, jedzonko z puszki itp.

Aport i podrzucanko 8/10

Erni (oprócz napakowanego jedzeniem) najbardziej lubi latającego, odbijającego i turlającego się Kwizeła. Nieprzewidywalność i sprężystość są mocnymi stronami zabawki. Kwizeł w locie szybko nabiera prędkości, po spotkaniu z ziemią myka w bok, budując napięcie. Erni wtedy myśli: zaraz Cię dopadnę.

IMG_7360

Kwizeł ma też inny talent – uciekanko turlanko (widać na filmiku z Unboxingu). Po skończonej zabawie psa przychodzi kolej na jego człowieka, który teraz musi szukać zabawki pod krzesłami i kanapami.

IMG_7348.jpg

Woda 4/10

Kwizeł nie tonie, ale po wstępnych testach nie odważyłam się wrzucić go na środek jeziora. Erni nie był zbytnio zainteresowany wodną zabawą Kwizłem.

Noszenie 10/10 🎁

Otworki wzdłuż zabawki pasują idealnie do szczęk. Erni często witając się z odwiedzającymi nas gośćmi przynosi im w prezencie jakąś brudną skarpetkę lub zabawkę. Ostatnio ku uciesze wszystkich, wybiera Kwizełka.

IMG_7353.jpg

Zapach 8/10

Kwizeł jest prawie bezzapachowy. Podczas testu porównawczego ze standardowym Kongiem, napełniłam obie zabawki naszą ulubioną puszką z jagnięciny – zamroziłam i dałam psu do zjedzenia. Po spożyciu i lekkim przepłukaniu Kwizeł pachniał dalej jagnięciną podczas, gdy Kong wydawał woń taniej gumy. Teraz nie wiem co bardziej pasuje psu, nigdy wcześniej też nie wąchałam psich zabawek… ale zdecydowanie stawiam tutaj na Kwizła.

Solidność (+)

Przy Ernim ciężko stwierdzić jak szczękoodporny jest Kwizeł. Pan loczek raczej mocno troszczy się o swoje zabawki i oprócz gonienia ich, podrzucania i miłosnego wtapiania zębów – unicestwia tylko te, które nie zasłużyły na miano psich zabawek (np. Kong Knots). Podejrzewam jednak, że lagotkowe piranie (wiecie kim jesteście) i inne psie piranie mogłyby systematycznie powiększyć Kwizełkową dziurę jeśli miałyby nienadzorowany dostęp do zabawki 24/7.

Ja jestem prawie pewna, że Erni nigdy jej nie zniszczy.

Smak (-)

Mogę stwierdzić tylko tyle, że w gryzieniu Kwizeł jest całkiem przyjemny, guma ma miłą dla paczy strukturę… Jednak mam teraz taki dziwny posmak w ustach 😂

Brudoodporność (zaktualizuję za parę miesięcy)

Na razie jest czysty.

Cena (-)

Kwizeł nie należy do zabawek tanich.

Zobacz jak Erni relaksuje się z Kwizełkiem

Podsumowując nasze intensywne testy, Kwizeł jest bardzo mocną pozycją zabawkową. Amerykanin zna swoją wartość i to właśnie on dyktuje Erniemu warunki współpracy – turla się, ucieka, daje jedzenie kiedy ma na to ochotę. Niełatwo go rozpracować – co wzbudza psi szacun. Kwizełku – Welcome to the Team. Team Ernest ❤

 

 

Droga do sukcesu

Wreszcie osiągnęliśmy to! Ocena doskonała w zerówkach, czyli nasz zeszłoroczny cel i te piękne 92,5/100 punktów. Nie żałuję niczego, a gdybym miała zacząć naszą obi-podróż od początku, to zrobiłabym dokładnie tak samo. Jedno jest pewne, droga do celu jest zarąbiście zawiłłłła.

We wrześniu 2016 zaliczyliśmy nasze pierwsze zawody. Zdobyliśmy ocenę dobrą i byłam przeszczęśliwa, przetestowałam siebie i psa i wiedziałam dokładnie dokąd zmierzam – czyli na następne zawody miesiąc później we Wrocławiu. Chwila przed zawodami Erni zaczął podejmować własne decyzje życiowo-ćwiczeniowe. Nasza synchronizacja rozpadła się. Podczas startu nie wiedziałam jak zapanować nad swoimi emocjami, a co dopiero sensownie rozmawiać z psem. Przecież na treningach tak dobrze się bawimy, Erni wpatrzony we mnie jak w obrazek, a tu nagle w tak kluczowym momencie oboje doznajemy black-outu.

Jak wrócić na slak?

Pierwsze momenty zderzenia z rzeczywistością były dość bolesne. Znajomi mówili, że to nie koniec świata, że i tak poszliśmy ładnie. Inni radzili, żebym zrobiła psu przerwę – pewnie za dużo ćwiczymy. Sama myślałam, że ćwiczymy za mało. Końcówka roku była ogólnie życiowo trudna, a ja tak bardzo potrzebowałam jakiegoś pocieszenia. Odezwało się parę osób i opowiadali, że sami też mieli skomplikowane początki, a teraz jest pięknie.

Następne podejście miało miejsce 5 miesięcy później, czyli wczoraj. Tak naprawdę przez pierwsze 3 miesiące nie robiliśmy jakoś strasznie dużo… Zdobywaliśmy CeWuCe na wystawach, a potem leżeliśmy w łóżku i oglądaliśmy House of Cards… Ernest obżerał się płucami wołowymi… pomieszkiwał u nas także drugi psiut, z którym ćwiczyliśmy.. no i tak 2 miesiące przed zawodami wzięliśmy się w garść. A raczej Kamila wzięła nas w obroty. Regularne treningi, przejścia, przebiegi i wiedziałam, że jesteśmy już gotowi. Albo inaczej: wiedziałam, że Erni jest gotowy. Ja to jestem ciężkim przypadkiem. Stwierdziła to nawet sama Asia Hewelt (mam nagranie)!

No, ale czemu w momencie kiedy wreszcie nam się udało marudzę o tym jak było trudno?

  1. Rozczarowania są normalne i można je czuć, można o nich mówić.
  2. Oprócz słabych startów na zawodach, praca z psem jest sama w sobie najlepszą zabawą. Postępy widać na treningach, robiąc nowe rzeczy, ćwiczenia, sztuczki, cokolwiek. Każda wypracowana rzecz daje satysfakcje i to jest warte dużo więcej niż jednorazowy start.
  3. Nie zmienia to faktu, że dobry start daje możliwość pójścia dalej i wyznacza jakiś cel do którego dążymy, nowe ćwiczenia i perspektywy.
  4. Gdyby wszystko było łatwo to niczego bym się nie nauczyła. A jednak teraz wiem to czego nie wiedziałam 5 miesięcy temu.

Wiem co mam zrobić, żeby pies skupił się w 99% na mnie, wszedł na całkiem nowy teren i przez 8 minut bez parówy, ani piłeczki wtapiał we mnie gały i wyczekiwał komendy. I to jest największy na świecie sukces. Jestem normalnie zarąbista i mam zarąbisztego pieseła – kto powie, że Lagotto nie potrafi!?

Jak nie wierzycie to sami zobaczcie: